Turysta polski w ZSRR
Powieść wyraźnie odbiega od nurtu „patrzcie, jak zapierająco dech w płucach jest dookoła naszego prototurysty!”. Jeśli rozpatrywać ją globtrotersko, to warto odnotować brak przydatnych zwrotów w tubylczych slangach, brak bogatych odmalowań wisiorków z muszelek na straganach, brak peanów na cześć lokalnych kuchni... Jak się je, to omlet. Albo coś, co ma inną nazwę, może nawet i obcą, ale już jej składników, barw i czasu przyrządzania się nie wymienia. I przede wszystkim nie ma percepcyjnej przepaści pomiędzy fragmentami milanowskimi a samarkandzkimi. Każda strona utwierdzała mnie w przekonaniu, że to nie podróż zmienia człowieka, ale człowiek podróż. Która to podróż może wyglądać i tak: „Czytam sobie tam nazwy stacji, do których kursują pociągi z Ałma Aty. Nic zaskakującego”. Podobało mi się, ale uwierało mnie niedowierzanie: jak korpoludka z komornikami na karku i pożyczoną, niedziałającą nokią, bo iPhone’a przećpał, stać na tak szeroko zakrojone i częste wojaże, również czasowo? Gruzja średnio raz do roku, w ciągu roku dziesięć krajów. Nie dał mi autor poczucia, że to naprawdę może tak się bezwyrzeczeniowo kręcić. Zresztą samo porzucone picie i ćpanie też wydaje się bardziej elementem opisu postaci w dramatis personae – coś jak „broda w nieładzie, długie włosy, ubrany w...” (tutaj byłoby to „ubrany w były nałóg”) – niż problemem realnie rzutującym na teraźniejszość. Za nijakie były te blizny. Wszystkie możliwe powikłania skumulowały się w jednorazowej litanii jak na zaliczenie. Czy żeby literatura mnie przekonała, muszę googlać po Sieci za wywiadami z twórcą? Jest za to coś takiego w „Turyście polskim w ZSRR”, w sposobie narracji, w językowej chłonnohojności, w tym rozbrajającym braku poszanowania tradycyjnych wartości turystycznych, w nobilitacji nieprzygotowania, że co rusz myśli wyrywały mi się do innej książki, którą ta mi przypomniała. No i na kilka rozdziałów przed końcem zrobiłem sobie ekstraprzerwę na tęskne kartkowanie tej innej. Dokończyć Strachotę wróciłem z proroczym przeświadczeniem, że takiej finezyjnej puenty jak u Eggersa w „My to mamy speeda!” tu się nie doczekam. Ale w końcu liczba miejsc w ścisłej czołówce jest ograniczona, więc czy godzi się wymagać aż tyle? Na osłodę pozostaje potężna dawka nostalgii i kilka leksykalnych zauroczeń z „biedadubajami” na czele.
Szczegóły
Rok wydania
2018
Wydawnictwo
Wydawnictwo Ha!art
Język
polski
Format
papier
Cykl
Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego
Gatunek
literatura piękna
ISBN
9788365739407
Inne książki autora
Opinie czytelników
Oceń tę książkę
Oceniona książka trafi na półkę Przeczytane.
Dodaj „Turysta polski w ZSRR" do swojej półki
Załóż darmowe konto i miej swoje lektury, oceny oraz postępy w jednym miejscu. Dołącz do grona zadowolonych czytelników, którzy już wiedzą, co przeczytali i co chcą przeczytać.


Trzy półki czytelnicze
Przeczytane, Teraz czytam i Chcę przeczytać. Uporządkuj swoje książki w sekundy.
Oceny i recenzje
Skala 1-10, prywatne notatki, ulubione cytaty. Wracaj do swoich opinii kiedy chcesz.
Statystyki i wyzwania
Ustal roczny cel czytelniczy i obserwuj jak rośnie liczba przeczytanych stron.
Rekomendacje i grafiki
Odkrywaj kolejne tytuły i generuj estetyczne podsumowania roku w książkach.
