Bookfolio
Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej
reportaż

Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej

Eduardo Galeano

Warto sięgać dziś po takie pięćdziesięcioletnie dzieła? A w ogóle czytać klasyków? I czy tylko Dostojewski czy Mann zasługują na to miano? Urugwajski dziennikarz i reportażysta - choć sam o europejskich korzeniach - oskarża najpierw Europejczyków właśnie, później zaś kapitalistyczne Stany Zjednoczone o zawłaszczenie nieprzebranych niegdyś bogactw południowego siostrzanego kontynentu, jego kolonizację i celowe wkręcenie w spiralę pogłębiających się nierówności (tak wewnętrznych jak i międzynarodowych). Nie cytować tu marksowskiego “Kapitału”, gdzie piewca walki klas właśnie w grabieży bogactw Ameryki Południowej przez hiszpańskich i portugalskich konkwistadorów, Indii przez holenderską Kompanię Wschodnioindyjską czy francuski handel niewolnikami, zasilający tryby tych machin widzi podstawy pierwotnej akumulacji kapitału, byłoby wręcz grzechem. I Autor w tym właśnie kontekście do Marksa się odwołuje. Ale ta akumulacja kosztuje. W pierwszej kolejności płacą za nią - własnym życiem rdzenni mieszkańcy kontynentu południowoamerykańskiego. Z siedemdziesięciu milionów ludzi zamieszkujących go, gdy na horyzoncie pojawiły się pierwsze hiszpańskie okręty, po półtora wieku działalności hiszpanów i portugalczyków pozostał co dwudziesty (tak: trzy i pół miliona ludzi). Szczególnie poruszający jest - w kontekście wspaniałości architektoniczno-inżynierskiej królestwa Inków - ten opis dziesiątek i setek inkaskich inżynierów, astronomów i matematyków, których zdolności były dla najeźdźców nieistotne i nierozpoznane nawet, a liczyła się ich siła jako niewykwalifikowanych pracowników podziemnych w kopalniach eksploatowanych przez Hiszpanów. Hiszpański desant srebra do Starego Świata wcale nie okazał się zresztą ubogacający samą Hiszpanię. Autor uzmysławia nam, jak owe grabieżcze karawele niemal równolegle (i w sposób pozornie niezrozumiały) szły w parze z powoli podupadającym krajem: wyludniającym się w XVI i XVII wieku, targanym niepokojami religijnymi (ach ten Filip II !),z znikającymi w zastraszającym tempie manufakturami a nawet spadającym pogłowiem owiec. Bardzo zajmujący wywód - o tym bym książkę przeczytał! Historię po Hiszpanii wkrótce powtórzyli zresztą Portugalczycy, bo to właśnie ich kraj stał się jedynie stacją tranzytową dla brazylijskiego z kolei złota, mającego wzbogacać nie metropolię, a państwa sprytnie na niej żerujące (Anglię tym razem). No i Kuba. Ta jeszcze później niż Peru z Hiszpanami czy Brazylia z Portugalczykami zmagała się z próbą zawłaszczenia państwa (właściwie, to uczynienia zeń cukrowego latyfundium) przez Stany Zjednoczone. Jakoś tam udało się rewolucji zrzucić jarzmo jednego ciemiężyciela, choć opowieść z roku 1970 tak pełna optymizmu i mówiąca o jedynie “przejściowych trudnościach rewolucji” wydaje nam się dziś optymistyczną nader. Choć prawdą jest, że dzisiejsze kubańskie nierówności wydają się mniejsze (wszyscy w dół) i są raczej wewnętrzne, niż sterowane z zewnątrz. Jest tu nieco o ikonicznym przykładzie wyzysku Nowego Świata, a więc boliwijskiej górze Potosi (znanej lepiej z innej publikacji Filtrów); srebrnonośna góra, “karmiąca” cały multiregion (rtęć, zwierzęta pociągowe, zboże, skóry i tkaniny) oraz tworząca bajeczne bogactwo Boliwii, ostatecznie stała się jedną z przyczyn kraju tego upadku. To przykład na to, iż tym większe i głośniejsze stają się kolapsy, im bliżej w przeszłości poszczególne lokalne gospodarki związane były ze swymi metropoliami. Dziś miasto Potosi - biedne miejsce w biednym kraju - jest jednym z najlepszych przykładów ilustrujących stwierdzenie “dało światu najwięcej, a najmniej ma dla siebie”. Prócz faktu, że przez trzy wieki góra pochłonęła osiem milionów istnień ludzkich; oto prawdziwe holokausty innych krańców świata. W czasach powstawania książki, kolonizacja wciąż trwała, bądź raczej stabilizowały się już tylko jej konsekwencje. Monokulturowe uprawy konsekwentnie ograniczały produkcję żywności na rynki lokalne, Indianie stanowili już trwałych niewolników uwiązanych z ziemiami, które niegdyś przecież należały do ich plemion. Oczywiście Autor nie widział różnych zielonych i zielono-niebieskich “rainforestowych” i “fairtradowych” znaczków na naszych paczkach kawy i dobrze może, że nie widział, bo mógłby nam opowiedzieć i uświadomić, gdzie i w nich jest po prostu kant i kasa dla jakichś współczesnych neo-kolonizatorów. Bo, że trwa - owa kolonizacja - to nie mamy wątpliwości i dziś. Lubicie komosę ryżową (quinoa)? A wiecie, że od czasu światowego boomu na to ziarenko, przestało być ono cenowo dostępne dla uprawiających je (dla nas) andyjskich rolników? Najnowszą odsłoną kolonializmu jest tworzenie instytucji finansowych (banki, MFW),a tych z kolei zadaniem uzależnianie południowoamerykańskich państw od rzekomej pomocy finansowej, w rzeczywistości zaś dbanie o ich drenaż (zyski, dywidendy, licencje, obsługa) i jednokierunkowy bilans przepływu “od”, nie zaś “do” tych krajów. Stosunek zaś ten może być rzędu 4:1, może zaś nawet 5:1. System pożyczek zaskakująco często obwarowany jest obostrzeniami, czyniącymi zeń właściwie narzędzie subsydiowania amerykańskiego eksportu. A jeszcze - jak pisze Galeano o lokalnych przedsiębiorstwach - “filiom międzynarodowych korporacji wolno celować w podbój latynoamerykańskiego rynku jedynie w określonych branżach i na określonych warunkach, które nie zakłócają światowej polityki prowadzonej przez ich centrale”. Zadziwiające jest, jak konsekwentny i skuteczny jest Autor w wykazywaniu konkretnych kwot i sum transferów i to w czasach, gdy wiedza nie była tak powszechna i łatwo osiągalna (nawet dla umiejących jej poszukiwać) jak dziś. Odosobnionym przypadkiem, który wywarł na mnie duże wrażenie, była opisana tu a wcześniej mi nieznana historia Paragwaju (umie ktoś wskazać kraj na niepokolorowanej mapie kontynentu?),który postanowił obrać własną drogę rozwoju w oderwaniu od nacisków wielkich międzynarodowych korporacji. Jak się to dla państwa skończyło - można dowiedzieć się choćby i ze strony na Wikipedii… Choć już może niekoniecznie, jaki w tym udział miał brytyjski sektor bankowy; o tym opowiedzą nam już “Otwarte żyły…”. Książka-bunt, książka-gniew, książka-płomień. Nie sama opowieść jest tu może najważniejsza (choć ta też),ale ton wypowiedzi: bardzo bezkompromisowy, bardzo oskarżycielski. Autor płonie świętym gniewem i spala się bez mała na naszych oczach. Bardzo to lewicowe, bardzo ku rewolucji ciążące i nawet odbyte rewolucje nieco gloryfikujące. Ale i z podziwem przyglądające się innej obranej drodze i odniesionemu sukcesowi Stanów z kontynentu północnego. I choć po jej publikacji Autor stał się - niczym “aktor jednej roli” - książki swej więźniem, to jednak właśnie ta (a nie żadna inna z pozostałych napisanych czterdziestu) przyniosła mu światową sławę, rozpoznawalność i… wygnanie z ojczyzny. Doskonałą bowiem rekomendacją książki jest - jak zwykle - jej oddźwięk społeczny, a szczególnie fakt, że w wielu miejscach i czasach należała ona do indeksu dzieł zakazanych i rozmaite reżimy lektury jej surowo wzbraniały, jako “narzędzia deprawacji młodzieży”... Książkę uzupełnia imponująca bibliografia (ostatnich 50-ciu stron więc można nie czytać, choć i tam ukryto wiele wyjaśnień, uszczegółowień i dopowiedzeń),a więc i całe dzieło podparte jest gigantycznym (w tamtych czasach!) researchem. I tylko ta lekka niewspółczesność lektur sprzed ponad pięćdziesięciu lat… Sam autor rekapituluje swe dzieło w krótkim posłowiu na siedem lat od wydania pierwszego (z roku 1970). A swoją drogą: czy dziś tak kompletne dzieło, opisujące w sposób tak wnikliwy i szczegółowy cały makroregion (ba, toć cały kontynent!) byłoby w ogóle możliwe to powtórzenia? Ktoś-coś?.. Może “Ñameryka” Capparósa jest (dla mnie zaś kiedyś będzie) jakąś odpowiedzią? Dobrze współgra mi ta lektura z o pół wieku późniejszymi “Jedwabnymi szlakami” i tylko uzupełnia obraz Europejczyka jako najgorszego typu człowieka - kreatury, której technologiczne przewagi kazały mienić się koroną stworzenia (i oczywiście z odwiecznym “Gott mit uns” na ustach). Do tego świetne wydanie (nowe tłumaczenie Barbary Jaroszuk),edycja i przepiękna okładka (brawo, Filtry!) - trzymałem w dłoniach, to wiem. Aż żal mieć to tylko na czytniku… 😪

Szczegóły

Rok wydania

2022

Liczba stron

432 str.

Wydawnictwo

Wydawnictwo Filtry

Język

polski

Format

papier

Gatunek

reportaż

ISBN

9788396270689

Bezpłatne konto Bookfolio

Dodaj „Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej" do swojej półki

Załóż darmowe konto i miej swoje lektury, oceny oraz postępy w jednym miejscu. Dołącz do 2 400+ czytelników, którzy już wiedzą, co przeczytali i co chcą przeczytać.

Trzy półki czytelnicze

Przeczytane, Teraz czytam i Chcę przeczytać — uporządkuj swoje lektury w sekundy.

Oceny i recenzje

Skala 1–10, prywatne notatki, ulubione cytaty. Wracaj do swoich opinii kiedy chcesz.

Statystyki i wyzwania

Ustal roczny cel czytelniczy i obserwuj jak rośnie liczba przeczytanych stron.

Rekomendacje i grafiki

Odkrywaj kolejne tytuły i generuj estetyczne podsumowania roku w książkach.

Rejestracja zajmuje mniej niż 30 sekund. Bez karty, bez zobowiązań.

Opinie czytelników

Oceń tę książkę

Twoja ocena